Wielu próbowało i wielu nieraz poległo.
Dlaczego właściwie tak ciężko ograniczyć słodycze, fast foody i inne produkty mocno przetworzone?
Po pierwsze, produkty te są tak komponowane, aby smakować perfekcyjnie. Mam tu na myśli to, że proporcje składników, z jakich są wykonane – m.in. cukru, tłuszczu i soli – są łączone w taki sposób, aby możliwie najskuteczniej działały na nasze zmysły. Dodatkowo wysoka dawka cukru aktywuje w mózgu ośrodki dopaminergiczne, co prowadzi do krótkotrwałego, ale intensywnego poczucia przyjemności i błogości.
Osoba, która nie może pohamować apetytu, może obwiniać się za brak silnej woli. Jednak siła woli nie ma tu większego znaczenia. Trudno walczyć z naturalnymi mechanizmami biologicznymi.
Większość z nas reaguje na produkty z wysoką ilością cukru w bardzo podobny sposób, ponieważ nasz mózg działa według tych samych biologicznych mechanizmów. Kiedy jemy coś słodkiego, aktywuje się układ nagrody
i wzrasta poziom dopaminy. Pojawia się uczucie przyjemności, chwilowej ulgi, poprawy nastroju. Organizm zapamiętuje to doświadczenie jako coś korzystnego i wartego powtórzenia. Mózg lubi czuć się dobrze.
To oznacza, że podatność na odczuwanie przyjemności po słodkim nie jest oznaką słabości charakteru, lecz naturalną reakcją fizjologiczną. Jednak, mimo że mechanizm jest wspólny dla większości ludzi, nie każdy zaczyna nadużywać słodyczy.
Różnica polega na tym, jaką funkcję zaczynają one pełnić w życiu. U części osób słodycze pozostają po prostu okazjonalną przyjemnością. U innych stopniowo stają się sposobem radzenia sobie ze stresem, napięciem, samotnością, zmęczeniem czy frustracją. Słodycze i UPF działają „idealnie”: są szybkie, intensywne w smaku, łatwo dostępne, dają natychmiastową ulgę. Ale ta ulga w tym przypadku jest chwilowa. Po niej napięcie wraca oraz może pojawić się poczucie winy. I schemat zaczyna się od nowa.
Czy jeżeli ktoś wpadł w destrukcyjne koło zajadania stresu i emocji, to może sobie jakoś pomóc?
Z pewnością rozwiązaniem nie jest walka ze sobą, restrykcja oparta na kontroli, krytykowanie i obwinianie siebie. Bo im bardziej walczymy z pragnieniem, tym silniejsze się ono staje.
Spójrz na to w taki sposób: słodycze same w sobie nie są wrogiem. Mogą stać się czymś w rodzaju papierosa dla palacza, czyli sposobem na rozładowanie napięcia, albo czymś w rodzaju alkoholu dla alkoholika, czyli ucieczką od problemów, jedyną przyjemnością w życiu.
Można zabraniać sobie słodyczy, stosować różne zamienniki, ale prawda jest taka, że jeżeli to nie działa, warto przyjrzeć się temu głębiej.
W praktyce oznacza to zatrzymać się na chwilę i zauważyć moment pragnienia zjedzenia słodyczy. Może to być po powrocie do domu z pracy, może to być wieczorem, kiedy dzieci pójdą spać, może to być po stresującym spotkaniu, a może rano w niedzielę, kiedy nareszcie masz czas dla siebie.
Kiedy zauważysz, kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach ciągnie Cię do przekąsek, zapytaj siebie: czego teraz naprawdę potrzebuję? Sprawdź, czy to głód fizyczny, czy emocjonalny. Pozwól sobie poczuć to napięcie, te emocje, które są w Tobie, i nie podejmuj od razu żadnego działania. Przez chwilę po prostu pomyśl o tym, co czujesz i dlaczego tak naprawdę chcesz sięgnąć po słodycze.
Pomyśl: czego naprawdę potrzebujesz?
Odpoczynku? Przerwy od obowiązków? Kontaktu z kimś bliskim?
Nie twierdzę, że pragnienie zjedzenia słodyczy stanie się nagle mniejsze. Ale już samo przerwanie impulsu, automatycznego sięgnięcia po przekąski sprawi, że zrobisz coś inaczej niż zwykle. A to właśnie pierwszy krok do zmiany.
Bo zmiana zaczyna się wtedy, kiedy zauważysz schemat, nawyk, następnie zrozumiesz, dlaczego powstał
i jakie braki lub pragnienia rekompensuje, oraz świadomie wybierzesz swoją reakcję.
I czasem ten wybór nadal będzie obejmował kawałek czekolady. Ale będzie to wybór świadomy, wynikający
z uważności, a nie z przymusu.
I to jest wolność.
Możesz sprawdzić, jakie potrzeby często są zaspokajane jedzeniem, w darmowym e-booku, który przygotowałam. Link poniżej: